Prysznic...
Stoję sobie pod nim i cieszę sie ciepłymi krpelkami, które niczym dłonie kobiece rozgrzewają...mnie.
Woda, śpiew, klawo jak cholera!
I pod tym prysznicem też zdarza mi sie podejmowac karkołomne próby uruchomienia mechanizmów zastanych zwanych mózgiem. Tak sobie ruszam i ruszam, grzebie i grzebię i dochodzę do wniosku, ze miałem kiedyś bloga :)
szybko ta mysl opuszcza monumentalnie puste sklepienia mej głowy (tutaj powinna Wam na myśl przyjśc jedna z owych gotyckich światyń, które surowo roznoszą echo przypominając źrodłu, że tutaj nic nie ma). Lecz tym razem powiedziałem sobie: "HOLA!". Chwyciłem skubańca od zada za ogon i rozkazałem grzecznie się rozsiąśc. W ten oto sposób wróciłem do bloga, który z pewnością znowu porzuce, by znowu do niego powrócic. Niemniej jednak, jak to ostatnio stwierdził pewien mój znajomy, wszelka stagnacja jest zła!
Skoro stagnacja jest zła, to ja tu wracam z ruchem.
Ostatnie wydarzenia skłoniły mnie do rozważań nad książką.
Książka jak wiadomo to taka rzecz, która zasadniczo składa się z kartek sklejonych ze sobą i zamkniętych w oprawie. Przedmiot wygodny do przewracania kartek, które to kartki zapełnione są literami. Litery składają się w słowa, słowa w zdania (wszystko zgodnie z gramatyką języka) zdania w akapity, akapity w rozdziały, rozdziały w całośc (choc zdarzają się odstępstwa).
Zatem skąd wiadomo, którą książkę czytac, a której nie? Coraz częściej słysze, że czyta się to, co się uzna za stosowne. Opinia zasadniczo słusza w moim mniemaniu. Zastanawiam się jedynie, co można nazwac stosownym, a co nie? Co sprawia, że dla jednych stosownym można nazwac jeden z dramatów Szekspira, a dla drugich przygody Harry'ego Pottera?
Spotkałem się ostatnio z ostrą opinią, ze cudze opinie nie kształtują danej osobowości. Sprostowanie: Jeżeli ktoś mi poleci jakąś książkę, a ta okaże się zupełnie nie pasująca do moich zainteresowań, to ja ją z góry odrzucam jako nieciekawą. Stąd bierze sie moje rozważanie, bo ja z tą opinią zgodzic się po prostu nie mogę.
Sięgnąłem pamięcia do moich pierwszych ksiażek i innych dziwadeł i stwierdziłem z całą pewnością, że poczatki należały do moich mentorów, a nie do mnie. Pamiętam doskonale, że moja ciocia, z którą na dzień dzisiejszy nie mam żadnego kontaktu, martwiła się o moje oczytanie i postanowiła mnie zachecic do lektur. Środkiem do celu miały by chłopięce książki na poziomie. Wybrała "Przygody Mikołajka" i przygody Tomka Wilmowskiego. Doskonały wybór. Zakochałem się w tych książkach. Potem przyszedł cas lektur, które były "be". czytałem je jednak zgodnie z powszechną opinią, ze są doskonałymi i wybitnymi dziełami. Dotarło do mnie z czasem, ze niektórych dzieł, po prostu nie rozumiem, za mało wiem. Trudno jest w pelni cieszyc się Panem Tadeuszem nie wiedząc jak wygladala Polska po utracie niepodległości lub nie znając hisotri Anglii czytac Szekspirowskie sprawozdanie z panowania kilku z jej królów. "Wiem, że nic nie wiem" - zo zdanie sprawiło, ze literatura jest dla mnie oceanem, którego granic nawet chcąc nie jestem w stanie objac.
Wynika z tego jasno, ze ksiażki stają się sławnymi i docenianymi po spotkaniu z madrymi ludźmi, którzy wiedzą według jakich kryteriów można je uznac za dobre. Bez ich opinii dzisiaj prawdopodobnie nikt nie wiedziałby co to za kolo ten Szekspir.
> Tak a propos tutaj anegdota: Pewna Pani profesor na swoich wykładach w USA zaczęła mówic i wielkich dziełach wymienonego wcześniej anglika. Po chwili jeden ze studentów pzerywa wykład i zadaje objawione pytanie: "czy mogłaby Pani imię tego faceta rzucic na tablicę?"<
Nie mówiąc już o tym, że Joseph Conrad albo James Joyce nigdy by swoich tworów nawet nie wydali.
Stąd mój pogląd, ze sam fakt sięgnięcia po jakąolwiek książkę jest efektem opinii kogos innego.
Ostatni już problem pod rozwagę polega też na tym, że czytac będziem tylko to, że znajduje się w kręgu naszych zainteresowań. Postanowiłem zanadto tutaj skrzydeł nie rozwijac. Powiem tylko jedno, a będą to słowa mojego przyjaciela, którego autorytet pozwala mi przyłączyc się do jego opinii:
"Dobra książka nie zna gatunku"
Good night and good luck
No właśnie! I co teraz? Przez myśl przeszedł mi pewien pomysł. Dlaczego by tak nie skoczyć?
Pomyślałem sobie ostatnio, że może i dobrze byłoby skoczyć do przodu
zamiast stawiać powolne kroczki. Pomyślałem sobie, że może warto rzucić
tym wszystkim i zmienić to co tylko się da o 180 stopni.
"Samotność ma swoje dobre strony" jak to powiedział Melmoth Wędrowiec w
książce "Sprawiedliwość Owiec". Może i ma. Jednak człowiek jest
zwierzeciem stadnym.
Obudziłem się i z błyskiem w oku pomyślałem o tym, żeby uciec.
Właściwie, to słowo "uciec" brzmi tutaj zbyt dramatycznie, ja po prostu
chciałem coś zmienic. Generalnie wszystko jest dobrze, ostatnio nawet
aż za dobrze. Jednak kłuje mnie coś w bok, co mi mówi, że nie mam celu.
Otóż to - nie mam celu. Nie wiem jaki jest cel. Po co? Dlaczego? Dla
kogo? ("a kogo Pan znasz?").
Owszem, studiuję. Jest mi z tym stosunkowo dobrze, ale nie jestem tym
faktem zachwycony, bodaj najbardziej dlatego, że nie mam zielonego
pojęcia po jaką ja cholerę studiuję? Wszysko sprowadza sie do tego, że
po studiach (jeżeli jakiś bałwan pozwoli mi je skończyć) spokojnie
poszukam sobie zajęcia, zacznę na siebie zarabiać, ustatkuję się, kupię
sobie samochód, mieszkanie, psa, ożenię się, wybuduję dom, posadzę
drzewo i spłodzę potomka. Reszta pójdzie z górki. Kiedy to mi się
wydaje tak cholernie poważne, że aż mnie strach ściska, gdy sobie tylko
o tym pomyślę. Dlatego nie to jest moim celem. W zasadzie, co by nim
nie było, to cel w życiu człowieka jest jeden i każdy go doskonale zna.
Pytanie tylko: Po co? Po jaką cholerę łażę po tym jajku obrośnietym
drzewami przez już 20 lat?
Gdy tak nad tym myślę, dochodzę do wniosku, że z życiem jest jak ze
sztuką Młodopolską. "Evviva L'arte"; "Sztuka dla sztuki". Sztuka dla
sztuki...życie dla życia. Wydaje mi się, że człowiek po prostu jest
tutaj, bo tak. Przychodzi, odchodzi, będą następni, byli poprzedni.
Pragmatyka.
Nie lubię jednak tej myśli.
Wolałbym zdecydowanie bardziej, żeby życie miało jakiś swój cel, jakieś
Finale Grande, gdzie wszystko by się wyjaśniało, a człowiek mógł
spokojnie przejść do następnego woluminu i czytać dalej. Gdyby tak
życie było książką, która składa się z wielu i pisząc je żyje, a żyjąc
pisze i tak w koło macieju, a życie przestałoby być życiem, a byłoby
jedynie słowem bez znaczenia.
Na dzień dzisiejszy jednak, nie pozostaje nam nic innego jak budować pomnik ze spiżu.
Gówno!
Jedna myśl jednak podoba mi się najbardziej: "Żyj chwilą". Jak tu
inaczej jak nie chwilą. Nie ma sensu zastanawiać się, tak jak ja to
tutaj poczyniłem, nad tym, czy warto czy nie warto. Tak sie po prostu
stało i jest. Ja jestem, Ty jestes, wszystko jest. Jest. Właśnie jest
mnie interesuje najbardziej, nie Było, ani nie Będzie, tylko Jest.
Mimo iż dochodzę do takiego wniosku za każdymr azem gdy nad tym
rozmyślam, to jednak coś ciągle mnie kłuje w bok. Tym czymś jest myśl,
że to tak naprawdę nie jest rozwiązanie...
Młody człowiek na poziomie licealnym, to taka dziwna konstrukcja, chodząca po świecie z głową delikatnie wyłożoną gąbką, żeby to co już się w niej znajduje przypadkiem się nie rozbiło o twarde ścianki. Powodem ku temu jest fakt, że tego czegoś jest wciąż tak niewiele, że trzęsąc się niemiłosiernie, a luzu mając obfitość, stąd latając po tym łbie, rozbić by się mogło w rozkruszyć w proch.
Faktem niezaprzeczalnym jest to, ze i tak wiele rzeczy i tak matury nie dotrwa. Powodem takiego obrotu spraw będzie chociażby sama matura, która bez skrupułów usunie wiadomości lekkie i przyjemne, przydatne niejednokrotnie w życiu codziennym, tak aby ich miejsce zajęły, fakty, ludzie…i inne rzeczy, które w gruncie rzeczy i tak na nic nikomu nie są potrzebne. Cóż jednak ma poczynić taki młody człowiek, skoro jak ktoś, kiedyś powiedział: „Państwo to ja!”. Skoro tak jest, to jasnym też jest to, że ten Jaś będzie chciał, żeby ludzie wiedzieli to co mają wiedzieć, a nie to czego on nie chce, żeby wiedzieli. No i ta też się dzieje.
Niemniej jednak nie miałem tu zamiaru psioczyć na maturę, która przeto istotnym jest w życiu każdego człowieka etapem, którego pominięcie zasadniczo ubóstwu by służyło. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez tego bicza nad głową. Rodzina, nauczyciele, znajomi jednym chórem wołali: „Jak nie zdasz matury będziesz nikim!”. Bzdura! „Bzdura jak mało która”.
W dalszym ciągu ta matura mnie śledzi. Otóż ja chciałem swe zdanie wyrazić na temat tego co po tej maturze ma nastąpić. Pojawia się zatem pytanie: Co ma po maturze nastąpić? Odpowiedzi jest wiele, chociaż rodzice i nauczyciele chcieliby, żeby odpowiedź brzmiała: STUDIA! Takiego…! Zrobię co będę chciał…skończyło się jednak na studiach. Nie chciałbym jednak wysławiać studiów, bo to zacz nie jedyne rozwiązanie, które czeka na człowieka po opuszczeniu ceglanych murów liceum.
Ja osobiście skłaniałbym się do tzw. Gap Year. Z przyjemnością zaciągnąłbym ręczny, zrobił sobie przerwę w wyścigu i odpoczął co nieco od wchłaniania wiedzy, która tak samo jak w liceum, w połowie okaże się absolutnie zbędna i to w dodatku szczegółowa. Wyobrażacie sobie uczenie się o Liryce, Epice i Dramacie, w sposób tak szczegółowy, że przez cały semestr omawia się tylko to? HARDCORE! Zatem wybieramy przerwę, luz. Nienajgorszą opcją (żeby nie powiedzieć „szłoby”) jest wyjazd. Wyjechać można wszędzie, począwszy od wsi obok skończywszy na Szetlandach czy stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Ja wybrałbym chyba coś pomiędzy, spędzając rok w miejscu pokroju Szkocji, Szwecji, Norwegii, Estonii, czy innym miejscu, które ani do niszowego, ani też popularnego nie należy. Można by wtedy nauczyć się języka do reszty, albo od podstaw nowego, zarobić na drobne przyjemności, poznać ludzi, świat, obyczaje.
Pytanie tylko, czy warto skoro ja w zasadzie to samo robię na studiach?
skomentuj (0)
Okazja. Będzie ich jeszcze trochę mam nadzieję. Wykorzystam je na
pewno. Już wiem, że nie wykorzystywanie okazji, które daje los, to
przestępstwo, za któe powinno się karać. Okazja jest jak woda. Mówią,
że nie wchodzi sie dwa razy do tej samej rzeki, dlaczego? bo ta rzeka
nigdy już taka sama nie będzie, nigdy już tych samych kropel wody w
niej nie uświadczysz, więc łapiąc okazję, wkładasz rękę do tej rzeki,
nabierasz trochę wody i pijesz ją łapczywie dopóki jeszcze jest,
cieszysz się jej cierpkim, acz świeżym i kojącym smakiem tak długo jak
tylko pozwoli Ci na to Twoja okazja.
Okazja jest zatem ulotna.
Pytanie brzmi zatem następująco: Co zrobić, żeby każdą okazję wykorzystać?
Może po prostu nie każda okazję trzeba wykorzystać. Może okazje są jak promocje w supermarkecie. Korzystając z każdej jaka się nadarzy wyrzucamy fundusze na produkty, które okazują sie nieprzydatne. Może okazje trzeba potraktować trochę jak zjawiska ekonomiczne i oszcować na ile warto z nich korzystać. może trzeba zbawić sie czasem w pragmatyka i cynika. Może życie daje nam mnóstwo okazji, po to, żebyśmy byli w stanie wykazać swoją odrębność. zaleznie od tego co kto wybierze, kształtuje swoje własne ja, i swój własny charakter.
Jednak odrzucam na bok szacowanie i będę brał to co się trafi, a będzie kusząco wyglądało. najwyżej się okaże, ze się poślizgnę. Jak na razie się tak nie okazało, więc...SPOKOJNIE :)
Jakoś tam miesiac i kilka dni temu napisałem pierwszą notkę odnośnie
początku roku szkolnego. Dzisiaj nie pozostaje mi nic innego jak
przywitać rok akademicki! Hip, hip - Hura! Nareszcie koniec wielkiego
nicnierobienia, demoralizacji, ogólnego anty-to i anty-tamto. Wreszcie
skończyła się tragiczna beztroska i bezcelowość naszych działań.
Nadszedł czas na wielkie COŚ. Nadszedł czas na studia.
Drugi rok, moi kochani, to nie przelewki. Człowiek sobie myśli, że
wszystko tak hopsiup, a to wcale nie tak działa. Choc w
zasadzie...Ciężko w sumie jak na razie nie jest. Skoro już jednak
wspominam o drugim roku, to nie sposób nie wspomnieć o drugim kierunku,
który wdarł się w mój harmonogram jak Związek Radziecki na tereny
Czechosłowacji swego czasu. Przyznać jednak musze, że aktualna
"akcesja", tudzież najazd będąc wiernym historii, obył się bez użycia
wojsk i tego rodzaju innych sił fizycznego przymusu. Swoją drogą wojsko
samo w sobie można uznać za instytucję zbudowaną na przymusie...
...Jakby na to nie patrzeć, nie każdy ma ochotę na latanie z karabinem
po poligonie i czołganie się pod drutem kolczastym jak wszechmogący
żołnierz z "Call of Duty". Wojsko, niejako, przymusza tego biednego
rekruta do męki ciermiężnej i latania z tym karabinem. Niebywałe, że im
wszystkim się tak chce latać. Otóż to! Czy im się chce, czy też
przypadkiem muszą. Suma sumarum jednak, od tego wojska można się
wywinąć, więc idą tam głównie Ci, któzy chcą tam iść. Co takiego
sprawia, że stawiają się na służbę, jak wspaniali ułani sprzed lat? Nie
pojmę. Niemniej jednak w końcu musi im się znudzić to latanie po
koszarach. Ileż można latać i strtzelać do tarcz. No więc lata ten
bidny człek aż mu kregosłup zupełnie odpadnie od nadmiaru wysiłku i
przymusu fizycznego. Ehh tam, nie moja to broszka w sprwy państwowe się
mieszać. O czym to ja mówiłem? aaaa, o uczelni...
...Pomijajac już aspekty historyczne moich studiów, rzec chciałem, że
rozpocząłem naukę na drugim kierunku, i wydaje mi się to niesłychanie
bezbolesne. Uwierzyc wręcz nie mogłem jak się okazało, że moje kochane
Alma Mater jednak potrafi stworzyć rozkład przyjazny studentowi!
Poniedziałek wolny, wtorek dwa bloki, środa 2 bloki, czwartek 4 bloki i
piątek 2 bloki. Wszystko z rana - istne marzenie. Cóż jednak z tego,
skoro mój język biznesu nie rozczarował mnie już tak pozytywnie jak
drugi kierunek i plan wypuścił tak upleciony, tak zagmatwany i
sprzeczny z jakąkolwiek logiką, że śmiem twierzdzić, że porządek jaki
panuje w Instytucie Języka Angielskiego to jakaś Sodomia i Gomoria! 5
godzinne okienka, jakbym nie miał co z czasem robić. Zajęcia do 20.00.
Żyć nie umierać. Życie jest jednak piękne i narzekać nie ma na co.
Hiszpański (to własnie ten mój drugi kierunek) jawi mi się w kolorach
tęczy niczymz piosenki Boba Marleya "Rainbow Country". Ludzie mili,
wykładowcy też. Właśnie! Wykładowcy. Pani doktor z językoznawstwa to
zaiste intrygująca kobieta. Wiek: nie więcej niż lat 30, uroda:
przednia. Przed zajeciami, chodził mi po głowie plan przepisania oceny
z jezykoznawstwa. Po pierwszym spotkaniu sytuacja zmieniła się jednak
diametralnie. Wcześniej przeze mnie wspomniane cechy Pani doktor, wraz
z jej przemiłym usposobieniem sprawiły, że jezykoznawstwa nie opuszczę
ani razu!!!
Początek roku akademickiego to wbrew pozorom nie tylko zmiana w życiu
umysłowym. Jak niektórzy z Was zauważyli zmieniła się co nieco szata
tegoż bloga. Sam nie wiem jak to się stało, wiem za to kto jest autorem
tej zmiany. Ponieważ jednak nie śmiem wydawać osądów co do
ostatecznosci tej wersji, jego dane zachowam na razie dla siebie.
Niemniej jednak, dziękuję serdecznie.
Pozdrawiam wszystkich z ciagle jeszcze radosnych pułapów życia i
zachęcam Was bardzo gorąco, do ...aaa zresztą, no do tego co fajne i
fajniejsze, no, każdy ma tu co innego na myśli, więc nie będę się
zagłebiał. Basta!
Dla Tadeusza za trud i znoj i Bóg wie co jeszcze...
„Tradurke”
Cacy cacy jest Pankracy,
Choć i gładki mnie Ignacy!
Mama tańców zakazuje,
A ja skoczkiem dokazuję!
Oczko moje co tak strzelasz
Ubij, zabij, idzie Grzela!
Buziak, buziak, ojej Józiak,
Nie dla Józia moja buzia!
--------------------------------
Oczko Moje co tak strzelasz
Ubij, zabij, idzie Grzela!
Choć to kwika ma Podwika
Dalej, dalej, lepiej Dolej!
Matuś matuś, oj to Fika
Ale lepiej jeszcze Klika!
--------------------------------
Za górami, za lasami
Tańcowała Małgorzatka z góralami!
Za górami, za lasami
Tańcowała Małgorzatka z góralami!
Abośmy to jacy tacy
Chłopcy Krakowiacy!
Bo w Mazurze taka dusza,
Że choć umarł to się rusza!
---------------------------------
Koniec i Bomba,
A kto czytał ten trąba!
Pióro: Witold Gombrowicz
Klej: Tomasz Kaliński
Znacie na pewno takie określenie jak "zakaukazie". Oznacza ono
regiona, który występuje za Kaukazem. Sprawa dosć jasna. W tem sposób
można mówić o wielu miejscach. Na przykład Zawiśle (innymi słowy:
Sosnowiec). Ja natomiast wszem i wobec oświadczam, ze jest coś jeszcze!
Poimprezie! Poimprezie to jest takie coś, kiedy głowa zaczyna pozwalać
na ponowne myślenie, uprzednio wyłączone na skutek ten, tudzież inny.
Poimprezie ma to do siebie, że składa się z rozmów osób pozostałych.
Tym razem jedna z tych osób przez mojego rodziciela została
pieszczotliwie nazwana "zwłokami". Kolega zaledwie spał. Wracając do
meritum, chce wam przedstawić tradycyjne poimprezie inaczej zwane
"afterparty". Zebraliśmy się zatem do kupy, przywitaliśmy słońce
krótkim stwierdzeniem: "ale zaje****" i zgodnie ruszyliśmy do koryta. W
tak zwanym międzyczasie rozpoczęły się dysputy dotykajace spraw
bieżących jak na przykład; "Wydawało mi się, że ktoś z nami był, kogo
jednak nie było, acz jego wnętrze wyraźnie nam towarzyszyło"; "Kalika!
kiedy będzie żarcie?" albo "Powiedz mi, jak to się stało, że...., bo
nie za bardzo pamietam". Skracając sprawę do oczywistego minimum
poimprezie skłąda się z refleksji i opowieści o tym co było.
Było dobrze.
Mam świetną koszulkę. "Help me, I'm Blond" To jest od dzisiaj moja
życiowa dewiza! Niemniej jednak jestem krótszy o koszulę: sztuk jedna
oraz krawat: sztuk jedna. Prestiż jednak nie pozwolił upominać się o
zdobyte wzajemnie trofeum. Niemniej jednak Uśmiech był:)
Zauważyłem również, ze wiele się zmieniło na przestrzeni lat. 11
impreza zobowiazuje. Dlatgo też postanowiliśmy uczcić to godne
wydarzenie i przyodziać garnitury "cycuś malina". Ogólny zachwyt
wzbudzalismy rzecz jasna w gronie osób płci Pięknej. Świetnie! Chodzi w
gruncie rzeczy jednak o to, że ludzie są inni. Byli zupełnie inni na
pierwszej imprezie. Było ich mniej, ale też byli wszyscy w moim
wieku...Teraz czułem sie prawie jak ojciec. Poza tym, ze na ojca
sie ani krzty nie nadaję.
W kwestii historii chciałbym zauważyć, że nasz balet nie mógłby się
odbyc bez wydarzeń znaczących. Tym razem wydarzenie to miało rangę
ogólnopolską, a nawet powiedziałbym miedzynarodową. Wspaniały
założyciel i gorący propagator nurtu w sztuce, effroizmu, Tadeusz
Janosz, został uhonorowany antyramą pamiatkową uwieczniajacą nasze
wyczyny na polu chwały. Chwała jego niezmierzona, sam chwalił siebie i
nas wzajemnie przez wieczór wtem i wtem wewtem. Czem po czym, wziął był
i elegancko tam taramtam zostawił antyramę u mnie i się jeszcze głupio
pyta rano gdzie ona jest. Hańba!
Tuż obok tego wydarzenia miało jednak miejsce kolejne. Rzekłbym, ze
nawet ranga jego nieco wyższa byc mogła. Koleżanka Klaudia obchodziła
ekhm...naste urodziny i z tej okazji, korzystając z okazji została
przez wszystkich wymiętoszona do cna. Zazdrościć, nie zazdrościć, samo
oceńcie. Nie mogę się powstrzymać, by w tym miejscu stwierdzić i uznać
na forum, co też podarowałem drogiej jubilatce! Otóż, w chwale niesione
dzieło natchnione, nieznające skazy jezykowej czy mroku literackiej
ciemnoty, olśniona sztuka dla życia i potomności ludzkiej, wspaniała
epicka treść. Ojciech Chrzestny.
Koniec i bomba,
a kto był ten trąba...